Wielu zadaje sobie pytanie dlaczego w herbie Starych Siołkowic widnieje kosz wiklinowy?  Odpowiedzi na nie po części udzielił już w 1873 r. nadleśniczy Gerike ze Stobrawy.

Na jednym z zebrań Śląskiego Związku Leśnego w 1873 r.  nadleśniczy Gerike podjął się udzielić odpowiedzi na postawione wtedy pytanie. Czy aktualna ustawa o prawie leśnym wystarczy aby przeciwdziałać kradzieży  pędów wierzby – inaczej wikliny z pastwisk nadodrzańskich w powiatach Opole i Brzeg, oraz jak temu skutecznie przeciwdziałać? W odpowiedzi Gerike stwierdził, że kradzieże wówczas przybrały tak duże rozmiary, iż w proceder ten nie są zamieszane tylko pojedyncze osoby, ale znaczna część ludności tego obszaru. Następnie przedstawił faktyczny obraz uwarunkowań tego procederu na tym terenie mówiąć;

„Produkcja i handel wyrobami z wikliny odbywa się w miastach Brzeg, Opole, Skorogoszcz, a także w leżących pomiędzy nimi wioskach. W każdym z tych miast jest znaczna liczba koszykarzy. Podobnie jest w nieopodal leżących wioskach. Produkowane tutaj wiklinowe kosze i inne wyplatane rzeczy są wysylane aż na wybrzeże, a składy tutejszych plecionych wyrobów znajdują się między innymi w Królewcu, Gdańsku i Hamburgu. Największą działalność w tym zakresie tj. w produkcji wyrobów wikliniarskich odnotowuje się we wsiach zamieszkałych przez ludność polską takich jak Siołkowice, Chróścice, Popielów i Golczowice gdzie większość słabo wykształconych mieszkańców w większym lub mniejszym stopniu zajmuje się tym rzemiosłem. Próbowałem uzyskać od władz policyjnych dane dotyczących ilości osób parających się produkcją wyrobów z wikliny i zgodnie z tymi danymi;

W Chróścicach jest 20 profesjonalnych producentów – handlarzy koszykami, dla których przez cały rok pracuje od 300 do 400 wyplataczy. W Siołkowicach jest 16 handlarzy i 250 do 300 wyplataczy zaś w Popielowie u czterech handlarzy pracuje średnio 40 – 50 wyplataczy. Nie mam danych z Golczowic. Oprócz tych stałych pracowników spora część pozostałych mieszkańców wyplata kosze okazyjnie traktując to jako dodatkowe źródło utrzymania…”

W dalszej części wywodu  nadleśniczy Gerike przytacza fakty, iż przy tak wysokiej produkcji wikliniarskiej areał „werderu” tj. żuław – inaczej podmokłych stanowisk gdzie występują kępy wikliny należących do okolicznych nadleśnictw jest zbyt mała wobec masowej produkcji wyrobów wikliniarskich. Z tego powodu gwałtownie wzrosła ilość kradzieży tego surowca.

Zorganizowane grupy złodziei wikliny stanowiły poważny problem dla strażników leśnych, z którymi złodzieje toczyli regularne potyczki. Proceder ten był bardzo dobrze przygotowany a próby jego ukrócenia wyglądały jak przysłowiowa walka z wiatrakami. Kiedy jedni zajęli się bijatyką i gonitwą ze strażą leśną inni w tym czasie wycinali pędy wikliny. Gdy jakiś strażnik złapał złodzieja na gorącym uczynku to z reguły zawsze został odbity przez swoich towarzyszy.

W dodatku dla kamuflażu złodzieje posługiwali się pseudonimami. Złapani złodzieje najczęściej nie podawali prawdziwych danych. Gdy transportowano ich do miejsca zamieszkania udawało się im często wymykać z rąk strażników. Kiedy mimo tego zostali rozpoznani i osadzeni w areszcie to zasądzano im raczej niskie wyroki bo nie posiadali żadnego majątku a nawet stałego miejsca zamieszkania. Na ogołoconych i wytrzebionych uprawach wikliny służba leśna dokonywała nowych nasadzeń. Młode pędy wierzby wzrastały pod bacznym okiem złodziei i raczej nigdy nie osiągały pożądanej wielkości.

Produkcja wyrobów wikliniarskich, szczególnie koszy trwała jeszcze wiele lat po II wojnie światowej. Pisały o tym gazety “Nowiny Opolskie” w 1947 r. i “Życie Warszawy” w 1948 r. zdj.3 i 4

Zdj. 1 i 2 – koszykarze z Chróścic.

Zdj. 5 i 6 – Oryginalny tekst zamieszczony w roczniku Śląskiego Związku Leśnego w 1873 r.