Historia powstania piekarni Bulig
w Starych Siołkowicach
Piekarnia Bulig, która mieściła się w Starych Siołkowicach przy ul. Klapacz 1 (w miejscu obecnego Salonu Fryzjerskiego „Claudia”) powstała na początku XX wieku. W roku 1906 w wydanej książce adresowej dla terenów wschodnich Prus i Śląska nie ma jeszcze żadnej adnotacji na temat tej piekarni, pojawiła się jedynie wzmianka o funkcjonowaniu we wsi dwóch piekarni (Bäcker – tłum. z niem.: piekarz) – Mainka i Waindock.
Powstanie piekarni Bulig szacuje się pomiędzy rokiem 1907, a 1940. Budynek piekarni został wybudowany przez Andrzeja Bulig – mieszkańca Starych Siołkowic. Nie udało się ustalić, dlaczego zdecydował się na tę inwestycję, ale sprzedał znaczną część swojej roli i podjął się zadania budowy. Sam inwestor, ani jego rodzina nie posiadali kwalifikacji piekarskich, toteż budynek piekarni był początkowo oddany w najem.
W roku 1932 budynek użytkował niejaki Josef Nierobisch, co potwierdza zdjęcie z tego okresu. W książce adresowej z roku 1941 istnieje adnotacja o piekarni pod nazwiskiem Biedermann L., co również potwierdza zdjęcie z tego okresu.

Niestety historyczne wydarzenia II wojny światowej, które objęły prawie całą Europę, nie ominęły również Starych Siołkowic. Nasi sowieccy wrogowie na swej drodze przemarszu rabowali i niszczyli napotkane domostwa, ofiarą podpalenia w danym czasie padł m.in. dom mieszkalny Andrzeja Bulig. Dom został doszczętnie spalony i Andrzej wraz z najbliższymi byli zmuszeni szukać schronienia u krewnych na ul. Wacława.

W pożarze nie ucierpiała piekarnia, ale na skutek wydarzeń wynajemcy zrezygnowali z działalności. Nie wiadomo, czy udali się w tym czasie w poszukiwaniu chleba w inne okolice, ale wieści o nich były znikome i już nigdy nie powrócili na progi piekarni.

Jak Gerhard Bulig został piekarzem?
Dom po zniszczeniach został doprowadzony do funkcjonalności, jednak w okolicznościach, gdzie po dotychczasowych najemcach zaginął wszelki ślad, jedyny syn Andrzeja Bulig – Gerhard Bulig zmuszony był nauczyć się zawodu piekarza.
Rozpoczął edukację w Lewinie Brzeskim, miejscu oddalonym o 17 km od Siołkowic. Była to jedyna najbliższa szkoła w której uczono tego zawodu. Trasę do szkoły Gerhard pokonywał jednym z najpopularniejszych w tych czasach środkiem transportu – rowerem. Zarówno latem, jak i zimą, która pod względem temperatury nie była łaskawa. Nauka zawodu kosztowała go wiele wysiłku, ale takie były czasy, a dla rodziny była to perspektywa na lepszy byt.

Jak przebiegał proces wypiekania chleba?
Praca piekarza nie była pracą łatwą. Cała produkcja była wielkim wyzwaniem, ponieważ proces ten nie był zautomatyzowany. Wodę potrzebną do wypieku chleba trzeba było czerpać ze studni „krołpem”. „ Krołp” to drewniany, długi kij, na końcu którego umocowany był hak z zawieszonym wiadrem do czerpania wody. Nabieranie wody następowało poprzez wprowadzenie kija z umocowanym wiadrem w głąb studni, zaczerpnięciu wody i uniesieniu czerpaka.
W bogatszych rejonach do procesu czerpania wody wykorzystywano żurawia studziennego, gdzie nabieranie wody było mniej uciążliwe dzięki obciążnikowi. Siołkowicki piekarz nie miał jednak tej dogodności. Aby w piekarni mieć nieprzerwany dostęp do wody podczas procesu wypieku, była ona przetrzymywana i podgrzewana w ogromnej wanience.
Pozostałe czynności również wymagały wysiłku mięśni rąk. Mąkę do wypieków przesiewało się ręcznie ogromnym sitem o średnicy ok. 44 cm. Ręcznie wyrabiało się też ciasto na chleb i bułki. Drewniana niecka w której wyrabiało się ciasto określana była mianem „dziska”. Ciasto na chleb składało się z mąki, wody, soli i zakwasu. Zakwas to mieszanka mąki żytniej i wody zawierająca bakterie kwasu mlekowego, która odstawiona na wiele godzin ulegała fermentacji.
Zagniecione ciasto chlebowe umieszczało się w tzw. „plejćkach” – foremkach w których ciasto miało wyrosnąć. Plejćki początkowo były ze słomy, w późniejszym okresie tekturowe, z prątków wikliny, a ostatecznie wyparte zostały przez popularne w dzisiejszych czasach tworzywo – plastik. Tak wyrobione ciasto w plejćkach odstawiało się na drewniane regały, gdzie musiało urosnąć. Zagniecione ciasto na bułki wystawiało się czasami na moment na zewnątrz, żeby pieczywo były bardziej chrupkie.

Wyrośnięte ciasto dla zachowania czerstwości smarowało się krótko przed wypiekiem wodą. Chleb wypiekało się w piecu określanym mianem „Wielołk”. Kluczem takiego pieca był dobór odpowiednich materiałów oraz specjalna konstrukcja, która zapewniała równomierne warunki wypieku. Taki rodzaj pieca posiadały tylko nieliczne rodziny. Wypieczony chleb był ważony, ponieważ zbyt duża waga oznaczała, że ciasto nie jest jeszcze dobrze wypieczone i musi powtórnie powędrować na jakiś czas do pieca.
Piec do wypieku chleba musiał mieć odpowiednią temperaturę, jeżeli jakość węgla była kiepska, to i proces wypiekania nie był optymalny. Zaś niska jakość mąki powodowała pękanie chleba. Wypieczony chleb ponownie smarowano wodą, aby nadać skórce pięknego, złocistego połysku. Zaletą takiego chleba było, że nie podlegał on procesowi kwaśnienia.
Jak piekarnia została zautomatyzowana?
Z czasem piekarnia zaopatrzyła się w elektryczny przesiewak do mąki oraz mikser spiralny – urządzenie, które wspomagało wyrabianie ciasta, określane mianem miesiarka. Surowe ciasto na chleb oraz bułki racjonowało się z pomocą gilotyny.
Gdzie sprzedawano piekarskie wyroby?
Obok piekarni, jako część budynku mieszkalnego funkcjonował sklep, w którym piekarskie wypieki wydawane były za „kartki”. Przygotowane pieczywo do sprzedaży umieszczano w wielkich, wiklinowych koszach, które trzeba było własnymi siłami przetransportować z piekarni do sklepu. Była to bardzo ciężka praca, mocno obciążająca kręgosłup, a ponieważ o zakup jakiegokolwiek sprzętu było w tych czasach ciężko, bliska rodzina zadziałała temu problemowi tworząc konstrukcję mini furmanki, którą przewożono chleb do sklepu.

Sklep był czynny rano i popołudniu. Jeżeli racje mąki były obniżone, to wypiekany chleb sprzedawano tylko rano. Ludzie cenili sobie swój czas – aby uniknąć długiego stania w kolejce, mieszkańcy zamiennie wyręczali się z zakupów i często osoba stojąca w kolejce brała bułki nie tylko dla swoich domowników, ale także dla sąsiada, bliskiej rodziny, czy znajomego.
Ta sytuacja powodowała rozdrażnienie u osób stojących w randze kolejki za takim pośrednikiem, toteż aby zapobiec konfliktom międzyludzkim, jak również ze względu na obniżone racje mąki, z czasem rodzina Bulig wprowadziła limit 10 bułek dla jednego osobnika.
Gdy udało się sprzedać poranne racje chleba, sklep był zamykany. W sytuacji, gdy pomimo braku chleba obywatele wciąż stali w kolejce, obowiązywała dla nich zasada, że mogą odebrać chleb w godzinach popołudniowych poza kolejnością.
Kolejki przed piekarnią określało się mianem „Schlessien Treffen” – tłumacząc dosłownie spotkanie Ślązaków. Dla zabicia czasu ludzie dyskutowali o wydarzeniach i zachowaniu innych obywateli, co niejednokrotnie prowadziło do powstawania plotek. Czasami wybuchały też kłótnie ze względu na różne poglądy światowe i polityczne.
Piekarnia – biznes rodzinny
W kwietniu 1953 roku Gerhard Bulig stanął przed ołtarzem i pojął za żonę pochodzącą z Brynicy Hedwig Sosnę. Odtąd wspólnie prowadzili działalność, on główny piekarz, ona jego prawa ręka i zawsze wspierająca żona. Poranne zamiatanie piekarni, zagniatanie ciasta na bułki oraz sprzedaż wypieków w sklepie należało do jej zadań.
Rodzina zawsze była zaangażowana w działalność piekarni. Kiedy dzieci podrosły starały się wyręczać rodziców, musiały miedzy innymi stać w kolejkach sklepowych, gdy Hedwig oraz Gerhard byli zajęci w piekarni. Często znosili też węgiel do piekarni i pomagali transportować chleb z piekarni do sklepu. Smarowanie chleba wodą przed i po wypieku również było zajęciem dzieci.
W dobie komunizmu liczyły się dobre znajomości
Pieczenie chleba nie było aż tak rentowne, bo jako prywatny przedsiębiorca dostawało się określone racje na węgiel, mąkę oraz inne artykuły spożywcze i przemysłowe. Natomiast wysokie podatki trzeba było płacić niezależnie od ilości wypieczonego pieczywa.
Gdy jakość węgla z państwowego przydziału była kiepska, zakupu dokonywało się nieoficjalnie z przejezdnego samochodu sprzedającego ten surowiec. Natomiast w przypadku, gdy racje mąki były bardzo niskie, zaopatrywano się w pobliskim młynie wodnym w Chróścicach – oczywiście po znajomości.
Przy braku mąki funkcjonował też inny model wypiekania – ludzie przynosili wyrobione w domu ciasto i prosili o wypieczenie go w Wielołku. Zdarzało się jednak, że przyniesione ciasto wracało w tej samej formie i konsystencji z powrotem do właściciela, ponieważ było tak rozrzedzone, że nie dało się z niego uformować żadnego pieczywa.
Gdy Gerhard Bulig wybierał się do Opola w celu załatwianie jakichkolwiek formalności, udawał się przy okazji w miejsca, gdzie pracowali ludzie z Siołkowic, bowiem zawsze znaleźli oni jakiś towar “zza lady” dla swojego piekarza ze wsi.
Ludzie lubili się w tych czasach handlować, znali żonę piekarza i wiedzieli, że brakuje jej czasu na stanie w kolejkach, toteż często zostawiali jej towar “za ladą”, ale w zamian oczekiwali, że dostaną chleb bez kolejki.
Wymogi Sanepidu zainicjowały Recycling
Początek maja był dla mieszkańców Siołkowic powodem do świętowania długiego weekendu, dla prywatnego piekarza był to długi weekend, ale pracy – piekarnia nie wypiekała w tym czasie chleba i była to niepowtarzalna okazja to wielkiego sprzątania i oczyszczania zakładu. Czystość mimo wszystko była na porządku dziennym, bowiem kontrole Państwowej Inspekcji Sanitarnej (Sanepidu) były nieuniknione, a często i nieprzyjemne.

Zawsze znalazła się jakaś okazja do wlepienia mandatu, jak choćby klapki właścicielki pozostawione przed wejściem do piekarni. No i wciąż zmieniające się wymogi, które były związane z nakładem pieniężnym. Do tego przy każdej wizycie Sanepidu na pożegnanie z piekarni z całkowitą oczywistością zabierany był chleb. Piekarnia, jak na przedsiębiorstwo przystało, musiała mieć również odrębny licznik prądu – cena zużytej energii była oczywiście wyższa niż cena domowego kWh.
Jednym z wymogów Sanepidu, było umieszczanie na wypiekach informacji o piekarni z której pochodzi pieczywo. W danym czasie ciężko było o jakiekolwiek artykuły papiernicze, dlatego papier na karteczki rodzina Bulig wycinała z brzegu gazety Trybuny Opolskiej i umieszczała na nich dane piekarni. W dzisiejszych czasach taki proces określamy mianem Recyclingu.
Praca piekarza była pełna wyzwań i perypetii
Praca piekarza była nie tylko ciężka, ale i pełna wyrzeczeń. Gdy pewnej niedzieli cała rodzina wybrała się rowerami na parafialny Odpust do Brynicy (ok. 15 km), Gerhard w połowie trasy przypomniał sobie, że zapomniał wyrobić zakwas niezbędny do wypieku chleba. Nie było innego wyjścia jak zawrócić i zrobić najpierw piekarską powinność, a dopiero później dołączyć do świętującej rodziny.
W początkowej fazie działalności piekarni po mąkę jeździło się do Opola gospodarskim wozem zaprzężonym w konie, czyli furmanką. Pokonanie odcina o długości ponad 20 km taką formą zaprzęgu było bardzo czasochłonne, piekarnię musiała w tym czasie nadzorować żona piekarza, ale niejednokrotnie kolidowało to z innymi zadaniami w gospodarstwie, jak np. w okresie żniw, gdzie oprócz pracy w piekarni trzeba było zebrać plony z pola, a pamiętajmy, że wiele prac na roli wykonywanych było wtedy jeszcze ręcznie.
W późniejszym czasie mąkę sprowadzano z Opola ciągnikiem rolniczym. Ciężkie worki z mąka trzeba było przenieść do spichlerza, ta czynność również mocno obciążała kręgosłup. Niejednokrotnie zdarzało się, że w trakcie transportu z Opola piekarza zastał deszcz i towar ulegał przemoczeniu. Zwilżoną mąkę trzeba było z worków wydobyć, a same worki wymyć i oczyścić z kleiku w przydrożnym potoku, ponieważ worki były wymienne.
W piekarni wypiekano nie tylko pieczywo. Na wesela często wypiekało się ogromne blachy ciasta drożdżowego oraz prosiaki, od święta również gęsi. Wypieki ciasta drożdżowego nierzadko były powodem kłótni – ludzie przynoszący surowe ciasto do wypieku umieszczali na nim kartki ze swoimi danymi, ale podczas procesu wypiekania kartki te niejednokrotnie wsiąkały w ciasto, toteż kto był bardziej chytry, twierdził przy odbiorze, że te najbardziej okazałe ciasto jest jego, a znowuż kolejni twierdzili, że ich ciasto wyglądało znacznie lepiej i ktoś inny musiał odebrać je przez pomyłkę.
Wielkanoc oraz Święta Bożego Narodzenia również były bardzo pracowitym czasem dla piekarni oraz rodziny piekarza. Zamiast z pojawieniem się pierwszej gwiazdki zasiadać do stołu wigilijnego, kończono jeszcze ostatnie wypieki, nie wspominając, że potrawy wigilijne były przygotowywane w międzyczasie. W okresie Bożego Narodzenie ludzie korzystali z dodatkowej usługi piekarni – mielenia maku. Ale jak to bywało w tamtych czasach, towar nie był pierwszej jakości i niejednokrotnie przy mieleniu maku okazywało się, że jest zmieszany z cukrem. Cukier natomiast powodował sklejanie się walców w młynku i trzeba było go kompletnie rozkręcić i oczyścić. Pracy sporo, czasu mało, a cukier blokujący młynek jeszcze bardziej wzmacniał presję czasu.
Generalnie prywatni przedsiębiorcy mieli trudne warunki bytu, co więcej, osoby pracujące w państwowych instytucjach dostawały bożonarodzeniowe paczki dla dzieci, które prywatnym przedsiębiorcom nie przysługiwały.
Na terenie piekarni na szczęście nie odnotowano żadnych kradzieży. Zdarzyło się tylko jednorazowo, że z szafki nocnej zniknęły zegarki właściciela piekarni. Ale to jedyny delikt, który został odnotowany w trakcie funkcjonowania piekarni.
Duch modernizacji przyczynił się do zamknięcia piekarni
Z biegiem czasu zmieniały się wymogi Sanepidu i prywatnym przedsiębiorcom było coraz trudniej. Jednym z wymogów Sanepidu było wykafelkowanie kompletnego pomieszczenia piekarni. Wiązało się to z ogromnym kosztem. Dzieci Gerharda nie były skore do przejęcia rodzinnego interesu, wiedziały bowiem jak ciężka, mało opłacalna i pełna wyrzeczeń jest praca piekarza.

Potomstwo Gerharda Bulig postawiło na inne ścieżki kariery. Brak następcy, coraz to większe wymogi Sanepidu oraz emerytalny wiek pana Gerharda były powodem do podjęcia decyzji o zamknięciu działającej przez wiele lat piekarni.