“DO AMERYKI NA POKUTA” prawdziwe zdarzenie. Niedokończone opowiadanie Michała Misch (Miś) – emigranta z Siołkowic w gwarze śląskiej.

W 1907 r. w amerykańskiej prasie polonijnej wydrukowano tekst krótkiego opowiadania siołkowickiego emigranta Michała Misch (vel Mike Mish), mieszkańca Independence w stanie Wisconsin, napisane w większości gwarą śląską regionu opolskiego. W tekście zauważa się już wpływ długoletniego pobytu w Stanach Zjednoczonych (M. Misch do Ameryki wyjechał w 1872 r.). Zauważyć można wiele zapożyczeń z mowy czysto polskiej, choćby na przykład; na śląsku się nie “mówi” tylko “godou” (gołdoł), czy amerykanizmy typu; salon (tawerna) – zamiast śląskiej kacmy (karczma, gospoda), doktorski łofis (office), w domyśle – miejsce gdzie przyjmował lekarz, albo mitęng (mityng) czyli zebranie, a Lubienie np. awansowały do rangi miasta.

Wpływ na to miały zapewne czytanie polskiej prasy polonijnej min “Wiarusa”, której był agentem w Independence oraz bliskie kontakty z polonusami osiadłymi w tym mieście ( Michał Misch był właścicielem saloonu, tawerny przy głównej ulicy miasta). Tekst opowiadania został listownie wysłany do redakcji tygodnika w Winonie w stanie Minnesota gdzie również mógł zostać nieco “spolszczony” przez gazetowego korektora lub zecera aby był bardziej zrozumiały dla czytelników.

Ponadto nadzwyczaj często stosowane są twarde głoski “sz” i “cz”, które należałoby czytać podobnie jak miękkie “ś” i “ć” lub zamiennie na “si” i “ci”. Zapis gwary śląskiej nie trzyma się ogólnie sztywnym zasadom i regułom pisowni. Jako że jest to raczej niemożliwe to w większości panuje zupełna dowolność. Jak widać gwara śląska wywieziona przed 150-ciu laty i pielęgnowana tam jeszcze przez kolejne dziesięciolecia niczym specjalnie nie różni się od tej używanej czy stosowanej do dzisiaj. Mimo tego, iż opowiadanie Michała można by nazwać groteską czy humoreską to daje nam obraz stosunków społeczno obyczajowych połowy XIX wieku.

Prezentowany tekst jest zgodny z gazetowym oryginałem poza nielicznymi poprawkami ułatwiającymi jego czytanie i zrozumienie.

INDEPENDENCE, Wis.
4, lutego, 1907.
(Prawdziwe zdarzenie)
Szanowna Redakcyo Wiarusa!
Juz to kilka razy jak mi wiarusy mówili kejbych i zasz co nowego napisoł, ale mą napisacz po śląsku, tak wę Wiarusa napisa scyrą prołwda jak mi się wjódło kyh jescy do skoły hodził, bo symje był psotnik, to mi matuchna padali:
– Michale zebycz zołdnymu nic nie ukrołt bo to jest wielki grzych, a joł padał:
– Matuchno, joł casę ida do stryka co to łowies i zyto kupuje, a jak byh joł wzął casę z tej koszary 10 ceskich a doł matuchnie tesby to był grzyh?
– Michale co ty mówis, to by były dwa, mój i twój – 7-me nie kradnij.
– No to dobrze matuchno tego nie zrobia.
I tak eh był dobry synek ołze do 15-go roku. Tak eh sie wybroł do ruskiej Polskej na robota; bo doma było częszko bo matuchna mieli jedna krowa o jednę rogu, a joł muszoł ta krowa doić. Tak eh set ołs do Nokła wele Scekocin do jednego hrabie, ale to mi dopierzo łocy na wierzh wylazły. Jak słońce szficzyło to w kozuchu jak desc padoł tez w kozuhu. No, mówja sobje: takich ludzi toh jescy nie widzioł. No, jusz domę tęmu pokój. Urządziył eh sie u hrabjego co mjoł 8 fsi i trzi gorzalnie, tak wótki było doś ale zołpłaty mało, bo yno 2 złote na dziyń – a jesc tes nie kąs, to jak mi wżiął głót dożyrać toh nie wiedźoł co mą robić, boł eh sie okropnie hrabjego bo to był prawy łolbrzim ky mu szefc przybjył 3 podesfy na jedyn trzewik to był taki wielki jak Jasz Krejczik. A teh se padał hocz taki wielki głodu czerpiecz nie bana. Tak jednej nocy ida z mjechę na jego pole i nadubołeh knuróf pół mjecha, tedy mój gospodołrz (zołądek) był zaspokoje i przerobjyłeh 8 niedźel i dalej do domu. Ida bez las nad rzyką Wartą, a tu wyskocy na mje łogromny wilk, a joł nie tak gupi jak by se kto myszloł, wyciągna stołsze flasa z wótką, wilk myszloł ze to latarnia, – uczek. Ida sobję dalej sfobodnie as na granica Sosnowiec. Pomjęniełeh sfoje ruble na prusky talary i dosztołeh 9. No 8 matuchnie a jedyn mje. Radoszcz wielkoł. Pytą sie wójta dżie nałbiżej do Szołkowic?
– Pszakret, prosto bez bory.
A joł mowja;
– Sobaku szto ti gaworis.
A tyn dalej po szandara, a joł bez most, juszeh na Szląsku. I tak ida bez ty bory ołzech prziset na Łace dzie Kasper Szmieja się narodźył, ale mi to liho trefiło bo prawje był desc, to po tę glińsku bes Łoca ani rus sie wykopacz, ołze jak eh prziset na Kanióf od Spiszlowego smolołza to jusz mi było lzej. Z Kaniowa ida prosto do dóm, z radoszczą ze dą matuchnie 8 talaróf. Właza do izby, matuchna i taczicek mje prziwitali, ale co wy myszlicze, jołh myszloł ze mje się zapytają ło piniądze, a łoni mje się pytają sie mą fsy?
– O matuchno, więcej jak pieniędzy, a toh jescy dwie w Polsce.
No, doscz tego, teraz mje sie matka pytoł szeh tesz co nie ukrołd?
– W nocy hrabjemu knury, matko bo mi sie jesc hczało.
– A nie wjys ty Michale 7-go przykazania?
– Tak matuchno jes ih 10 a mój zołądek moł jedenołste, bo mu sie hciało jesz.
– Dobrze. Zesz nie słuchoł matki, pódzes na pokuty.
– A gdzie matko?
– Ołs do Ameryki.
– A wjele mi dołcze na droga?
– Na droga nic, yno ty 8 talaróf cosz mi przinósz z Nokła, a bes morze dą ci 25 talaróf.
– Dobrze matuchno, ale którą drogą mą isz?
– Bez Gdańsko.
– A szeła mil do Gdańska?
– Joł ta jescy nie była, ale mi sie zdoł, ze bandzie 50 mil.
– Matuchno to joł z 8 talaróf mą isz pjehty 50 mile?
– To jest tfoja pokuta za ukradzenie knur.
– Dobrze matuchno, ale prosa mi dacz kąsek dobrej rady na daleką droga.
– Dobrze Michale, nie kradnij a dobrze czi bandzie.
Tak na rano, było to we strzoda, 18 kwietnia, wezna swoje tłomocki i ida. Przeset eh smutno jaky 10 mil, jus sie mjało ku wjecorowi, głót mi dokucół, ale widza z dala szwjatło, a to wcejsz ida jaky pół mile i tak było. Wząły psa zwakacz i wylas jeden gospodołrz i wołoł na sfego psa.
– Sułtan dej pokój.
Joł słysoł Polołka, dalej do niego.
– A to wę gospodołrzu tes Polołk?
– O mjyły braczie, som Polołk mjedzy mjymcóma, pjersy rołs tu widza Polołka, dzie ty idzies?
– Nołpszót do Gdańska a potę do Ameryki, bo mi matuchna mowjyli i żeh knury ukrołt to ida na pokuta.
– Żołl mi cze bracie, ale widza ześ dobry synek, łostoń na noc.
– Bardzo dziękuja boh jus słaby.
Wziął mje do izby, dał jeszcz, a joł tez eh mu musioł pejdzecz jak zę mną było.
– Dobrze synku a mołs ty pjyniędzy dosz do Ameryki?
Tedy mi wlołs klin do głowy, bo mi matuchna mówjeli, ze mą pamjętać na 10 rzecy i tak rahuja ot 1-go, ale nigdzej nie było napisano, tak tedy powjadą.
– Mą 25 talaróf.
– O to za mało synku, ale zesz taki uczciwy to joł czi dą 5 talaróf, a to mi pis, bo joł tu mjedzej mjemcoma nie bana.
– Dobrze mjyły gospodołrzu, dzękuja za noclyg i za 5 talaróf.
– Dobrze synku, ale nys przejdzies do Gdańska to muszisz jescy na jedna noc łostacz. Tego cłowieka joł zną, jest mjemjec dobrego serca, nazywoł sie Guteman.
– Dobrze gospodołrzu.
Joł ida cały dzień, na łostatku wjecorę dostał eh sze do tej fszi. Właza do dworu, pytą sze;
– Wohnt hier Guteman?
– Ja wohl, wo gehst du hin?
– Nach Danzig.
– Es sind noch drei meilen, da kanst du mit mir über nacht bleiben.
– Sehr gut, sehr gut – powiedziałem, ną i łostołeh na noc. Dobrze mi było, na rano, baba stała, dała śniołdanie, po śniołdaniu chłop nakrączy wóz do spihsza i weźnie wynoszicz mjechy ze zyty, joł mu ida pomoc. Nakładzymę 20 mjechof i joł go sie pytą;
– Wu geistu hin mite soke?
– Nach Dancih.
A joł mówja;
– Warum ferkaufstu nih di soke grade hijer?
– Ah mojne Frau hater mir gezaht da krigih 20 zylber grosze mer fer jejder zak in Danzih.
– O du hast reht.
No, przijedzemę do Gdańska, joł pjyrsy rołs i on, oba sie obglądąmę, a tu przidze kupjec;
– Was hamzi, Roken?
– Wi fil bezalen zi?
– Finf taler fer zak.
Nej, no i jedzemy dalej. Stoi drugi Polołk.
– Co macze na przedej?
– Żyto, Wiele płaczis?
– 5 talaróf 20 trojołkóf.
– Żyto twoje, a gdze sypanie?
– Tam za mjastem.
– To musis z nami jehać.
– Dobrze.
I jedzyme za mjasto, dobroł wołga, dobry prajs, napisali cedel na pjeniądze, ale kupiec mówi tak;
– Wy nie wjycie dzie nasza banka, to joł jada z wami.
– Dobrze, dziękuje – mówi gospodołrz.
Przejedzemę do mjasta przed plebaniją katolickygo kszęza. Kupiec mówi tak;
– To tu uwjąszcze konie, joł kasyerowi to przetstawia, żeby wołs nie łowihłoł.
– Tak, to dobrze.
I tyn ta wlołs do kszęza i mówi;
– Panie proboscu tu jest jeden luterok co by hczoł na katolicką wjara przistacz, on tu zaros przijdze. Niech ksząs szni pomówi.
I szelma wyset i mowi do gospodołrza;
– Icz po pjeniądze, bo juz jest fseycko gotowe, a ty hłopce dzierz konie.
Więc gbur idze, zazwoni we zwonek, ksząz mówi;
– Rajn.
Dzwi otworzył i podaje stolik i mówi;
– Uszączcze przyjacieli.
Na i mówją i mówją, asz tu ksiąz pyta;
– Ale powieczcze mi przyjaciele jak wą to przisło do głowy na stare lata katolikiem zostacz.
– Jak? Joł katolikę łostacz? Joł chca pjeniądze za mojy zyto.
– Cłowieku, joł za zyto nie płaca, przacie joł jest katolicki ksząc, to widzis. Pan to czę ty zbóje łokradły, bo tu w Gdańsku to sie trzeba miecz na bacnoszczi. Skoda wołs przyjaczelu, ale joł wą nie moga nic pomoc.
Ów gospodołrz klnie aż sie jasno w piekle robjeło i przichodzi do mje. Pytą sie;
– Co czi jes?
– Ah di ferfluchte szwoinhund, mie to zyto łowichłali, a ty chłopce jecz ze mną do dóm boby i czebie łokradli.
No i dobrze, jedzymę ołs ku domu. Ledwie pjes zacął zwakać, gospodyni wyłazi łotwjiracz wrota, z wjelgą radoszczą łopłapioł chłopa za syja i mówi;
– No hastu di roke gut verkauft?
– Geh weck von mir, verfluchte Danzik, der hater di Roke fort genommen, und de wollte mir noch katolische machen.
Tedy kobjeta w płac, ale juz było późno. Na rano staniemę. Po szniołdaniu mówi gospołdorz;
– Lepiej jedź do Ameryki bez Hamburg.
Ale joł se myszla, pójda jesce rołs do Gdańska, mozno se nauca wjęcej hytroszczi i tak na trzeczi dzeń snowuh w Gdańsku. Było to we wtorek, był to prawie wielki jermak. Ida nad morze szeby nie był jaki szyf do Ameryki, a tu widza stoi buda ze zygorkoma, pierczónki i lejcuszki przed damy. Joł zaglądą, ktory by to zygarek se kupicz, a tu przihodzi dama i łobieroł leńcuch na syja za 80 talaróf, ale ugoda była za 75 talaróf. Zyd we wielkiej radoszczi ze zrobjeł dobry geszeft, as ręce zacyroł. Dama szągoł po pjeniądze a tu kabza próżnoł.
– Dla Boga panołcki to musziczie isz ze mną do domu po pjeniądze.
– Jak daleko, pyto zyd.
– Tak z jeden blok.
Dobrze, baba idzie w leńcuchu a zyd za nią. Przydą przed doktorski łofis, tej baba mówi;
– Łostańcze tu na hwila bo jak byh joł wlazła z wami to to by było żle, bo mój mąz jest bardzo porywcy.
– Dobrze, dobrze pani.
Baba włazi do dochtora i mówi;
– Panie dochtorze, mojemu chłopowi cosę w głowa zachodzi, kyby go tak dobrze wyszprycowacz toby mu było lepiej. tu są 3 talary, zarołs tu bandzie.
– Dobrze, niech włazi, wsyćko gotowo.
– Parobcy szykowacz gorką woda.
Dama wychodzi na ulica i mówi zydowi;
– Icz po pjeniądze.
Zyd włazi – doktor daje stolik. Zyd pado;
– Joł nie chca stolika, joł chca pjeniądze.
Doktór;
– Miejcze czerpliwoszcz, woda zarołs gotowoł. Wą tak casę do głowy zachodzi, nie prowda?
Zyd;
– Ale joł chca pjeniądze za lejcusek.
Doktor;
– Miejcze czerpliwoscz, bo bandzie zarołs – parobcy do roboty bo z pacjynty źle.
Parobcy przywlekli wiadro wody z mydłę, zyda rozbiera z łachmanów, a zyd jak ksycy tak ksycy.
Doktor mowi;
– Czycho zydzie bo ci juz w głowie nie bandzie kroncicz.
Tak parobki przewalą zyda, a szprycują fort, ołze zyd mówi;
– Ludze juz dosz.
Tak znów zyda oblekli, a zyd narzykoł. Doktor łotwar drzwi i mówi;
– Icz, męszla ze już czi do głowy zachodzicz nie bandzie. Tak baba miała lejcusek, a zyd wiadro wody z mydły. Teraz mi doprzo przysło do głowy co to za szachraje w Gdańsku. Tak se ida do jednego salonu i wezna cytacz gazeta, a tu napisano, ze bandze na Kaniowie budowanoł ajzybana do Spiszlowego smolołrza. Na robocze szę zną to się zarobia co banda mioł dosz do Ameryki. Tak razę wyłazę na dwór i widza zyda co ludzi łobwozi po szwiecze i mówia mu, wieleby kczoł coby mie łotwios na Lubienie.
– Ny, to jest 14 mil, nie moga jechacz nizej jak za 4 talary.
– Dobrze zydku, zaprzęgej i zaroz tu jest zołpłata, za pół godziny wyjedzęmę. Szkapska idą ledwo z nogi na noga, joł mówia;
– Zydzie, to joł sze na Lubienie nie dołstana ani za mjesząc.
– Bycz czerpliwy, mówi zyd, toć zaba nie biege ani nie furgoł a tez zołdze gdze jej trza.
I cóż wę ludze myszlicze, zydowisko mje zawiozło na Lubjenie – 14 mil, za 13 dni. A niechże czę djabli z taką furmanką, zeskoca z woza i ida w miasto, a tu natrafiłech Rejznera. Joł go szę pytą, jak szę moł.
– O bardzo dobrze, bo mie teraz łobrali za syty majera, to juz nie musa płutna robicz, tylko ną szę tu wielki nieszczescy zdarzyło. A joł mówia;
– A jaki?
– A dycz ną nas pastor umar, to całe miasto biegoł bez głów.
A joł mówia;
– Nie staroj sze panie majrze, bo jescy nic złego nie było, coby na dobre nie wysło. Jutro zwołejcze mitęng o 8-mej na wiecór, to joł wą dą rada, co z kłopotów wylejzecze.

Cząg dalszy nastąpi.

 

PS Mimo poszukiwań nie odnaleziono dalszego ciągu.

Losy Siołkowickiej rodziny Miś (Misch) emigrującej w drugiej połowie XIX wieku do stanu Winsconsin opisała Barbara Thoma Fossen w swojej książce pt. ” We Remember – From Opole Silesia To Trempelau County Wisconsin The Stephan and Hedwig Misch Family Alt Schalkowitz (Stare Siołkowice) 1800’s”. Z książki tej dowiadujemy się, iż Michał urodził się 25 września 1853 r., jako ostatnie, najmłodsze dziecko Stefana i Jadwigi (z d. Pampuch) Misch (autorka książki , potomkini tego rodu dowodzi, iż przed panowaniem Prus na Śląsku nazwisko w polskim zapisie brzmiało jako Miś). Chcąc uniknąć wcielenia w szeregi armii Cesarstwa Niemieckiego, bez uzyskania wymaganego zezwolenia jako osiemnastoletni młodzieniec wsiada 10 kwietnia 1872 r. w Hamburgu na parowiec” Fairy” i przez Anglię udaję się na emigrację do Stanów Zjednoczonych.

Wkrótce po nim na emigrację udaje się starsze rodzeństwo Michała wraz z rodzinami. W 1877 r. w kościele św. Michała Archanioła w North Creek, Wisconsin poślubił Julię Rek córkę emigrantów z Chróścic Mateusza i Krystyny (z d. Zieńczyk) Rek. Dochowali się dwanaścioro dzieci.
Zdjęcie rodz. Michała Miś pochodzi z w/wym. książki.